Chwilowy zastój na blogu wynikał z tego, że… musiałam urodzić 😉 to moja druga ciąża, drugi poród i druga córka. Emi urodziła się 10 maja o godzinie 12.13 dzięki cesarskiemu cięciu. Czym druga ciąża i drugi poród różnił się od pierwszego?


Z książki Insulinooporność – zdrowa dieta i zdrowe życie wiecie, że byłam na czarnej liście pacjentek u których dość wyraźnie podkreślano, że szansa na zajście w ciążę jest znikoma. Wręcz nastawiano mnie na porażkę. 

DIAGNOZA


Insulinooporność, PCOS, niedoczynność tarczycy, Hashimoto, celiakia i wyniszczony organizm w związku z licznymi niedoborami pokarmowymi i zanikiem kosmków jelitowych, to tylko kilka argumentów dla których szansę były niewielkie. Brak miesiączek przez kilka lat, niedobór kobiecych hormonów, ledwo widoczne endometrium… Nawet gdyby jakimś cudem się udało to szansa na utrzymanie takiej ciąży graniczyłaby z kolejnym cudem. 

ALE CUD SIĘ STAŁ


Gdy poznałam mojego męża, a historia nasza jest dość skomplikowana związkowo, nagle coś dziwnego zaczęło dziać się z moim organizmem. Zbieg okoliczności czy przeznaczenie, nie wiem. Ale bardzo szybko zaszłam w ciążę. Tak, nie musicie zgadywać. To nie była planowana ciąża ;). 


Wraz z malutkim człowiekiem w mojej macicy pojawiły się nerwy, stres i niepokój. W końcu miałam nie mieć dzieci a utrzymanie ciąży miało być niemożliwe. Mnóstwo badań, wielu specjalistów i tak mijał tydzień za tygodniem… Dobrze się czułam w ciąży. Dolegliwości nie były takie straszne. 


Największy problem miałam z układem odpornościowym. Częste infekcje, ostre zapalenia pęcherza, spojówek, inne wirusy. Byłam chora, praktycznie cały czas. Cztery razy musiałam brać antybiotyki. Całą ciążę brałam także metformine. Oczywiście stopniowo zmniejszałam dawki. 


Stres nie znikał. Mieliśmy też sporo innych okoliczności, które dokładały nam nerwów w tamtym okresie, ale o tym kiedy indziej. Tymczasem w ciąży nie oszczędzałam się. Pracowałam do końca, byłam aktywna, często podróżowaliśmy po Polsce, organizowałam i prowadziłam warsztaty dla insulinoopornych.

PORÓD NR 1


W 36 tygodniu ciąży jednak zaczęłam rodzić. Trafiłam najpierw do Gdyńskiego szpitala (wybraliśmy się na wycieczkę ;)), tam dowiedziałam się że mam regularne skurcze co 2 minuty i rozwarcie 2cm. Nie chciałam rodzić w Gdyni więc w tempie ekspresowym wracaliśmy do Poznania… 


Dojechaliśmy do szpitala na Polnej a tam już ostra akcja porodowa. Cała noc na porodówce ale skurcze się wyciszyły. Zatrzymali mnie w szpitalu na 3 dni z informacją, że i tak zaraz urodze. Nie urodziłam więc wypisano mnie do domu. 
W domu długo nie zagrzalam miejsca, bo kilka dni później odeszły mi wody i tym sposobem znowu znalazłam się na porodowce, tym razem w szpitalu Raszei. Tam na początku 37 tygodnia ciąży, drogą naturalną urodziłam Oliwkę. To był 1 lipca 2016, godzina 12.50 🙂 

PO PORODZIE


15 godzin męczarni była tego warta. 9 miesięcy stresu o życie i zdrowie swoje i córki. Jednak do happy end’u jeszcze kawałek. Po porodzie okazało się, że córka ma wadę serca. Zlecono badania, kontrolę i znowu czekanie. Na szczęście wada niewielka. Wrodzona niedomykalność zastawki aortalnej. Do kontroli u kardiologa. Wypisali nas do domu i miało już być dobrze. 


Z racji że pobieralismy krew pępowinową i galaretę Whartona ze sznura pępowiny, po 2 tygodniach otrzymaliśmy wyniki badań i analizy pobranego materiału. W krwi znaleziono wirusa cytomegalii (CMV). Zlecono pilne badania CMV DNA córce oraz konsultacje z lekarzem chorób zakaźnych. 

Wyniki potwierdziły wyrok. Cytomegalia wrodzona. Musiałam chorować w ciąży i zaraziłam Oliwkę. Cytomegalia jest chorobą zakaźną bardzo niebezpieczną dla ciężarnych, płodu i noworodków. Powoduje trwałe wady rozwojowe, uszkodzenia mózgu, wady wzroku, słuchu, zaburzenia pracy wątroby, niepełnosprawność ruchową i umysłową u dzieci. Wiele z nich musi stosować długą rehabilitację by móc jakoś funkcjonować. 


Zaczęlismy maraton bo badaniach, szpitalach… Neurolog, okulista, foniatra, dokładne badania słuchu, lekarz od chorób zakaźnych, ciągłe badania krwi żeby sprawdzać poziom wirusa i inne parametry m.in. wątrobowe. Częste usg główki i brzuszka. 

Mieliśmy dużo szczęścia. Jakiś procent dzieci przechodzi wirusa łagodnie, czasami bezobjawowo. I my mieliśmy to szczęście. Nasza obecnie prawie 3 latka jest pełną energii i prawidłowo rozwijającą się dziewczynką. Nosi okulary z powodu wrodzonej wady wzroku. Nie wiemy czy to wina wirusa czy nie. Jest bystra, inteligentna i zdrowa. Wirus uśpiony, nie robi już jej krzywdy. 

DRUGA CIĄŻA


Długo zastanawialiśmy się z mężem co do drugiej ciąży. Czy chcemy znowu przechodzić przez ten stres? A jeśli tym razem będzie gorzej? Jeśli znowu coś się wydarzy? A może lepiej nie kusić losu… Ale chcieliśmy żeby Oliwka miała rodzeństwo. Dylemat ogromny. Zaryzykowaliśmy. Znowu udało się szybko zajść w ciążę. Widocznie jestem bardziej płodna niż mogło by się wydawać 😉 

Druga ciąża była lepsza i gorsza zarazem. Z jednej strony czułam się lepiej bo nie chorowałam praktycznie wcale. Nie miałam problemów z układem moczowym, infekcjami ani wirusami. Bardziej się oszczędzałam i dużo odpoczywałam. Miałam też mniej stresu. Z drugiej strony, miałam pod opieką dwulatkę pełną swoich potrzeb. A siły się kończyły… 

PROBLEMY


Od połowy ciąży zaczęła mi się skracać szyjka i pojawiały się dość bolesne skurcze. No i padło : “musi Pani leżeć do końca ciąży”. Znowu stres, żeby nie urodzić za szybko. Jak leżeć jak tu trzeba dzieckiem się zająć? Większość czasu siedziałyśmy w domu. Starałam się dużo leżeć. Potem zaczęłam mieć częste kołatania serca. Myślałam że to od nerwów ale ginekolog wysłał mnie do kardiologa. Zrobiłam echo serca, ekg i holter ekg. Mam arytmie. Dostałam leki i zalecaną ablacje po porodzie (zabieg wypalania arytmii). 

Im bliżej porodu tym czułam się gorzej. Psychicznie byłam w totalnej rozsypce. Nie dawałam rady ze stresu, nerwów, lęku przed wczesnym porodem. Padła decyzja o cesarskim cięciu. Wolałam takie rozwiązanie. Znając pozytywne aspekty porodu naturalnego i negatywne cesarskiego ciecia, wiedziałam, że dla mnie to będzie lepsze.

Pierwszą ciążę zakończyła z depresją poporodową, która wynikała z wielu okoliczności i czynników okołociążowych i okołoporodowych. Wiedziałam że tym razem nie dam rady przez to znowu przechodzić. Chciałam rodzić w innym szpitalu, w inny sposób. Totalnie wymazać to co było. Uznałam, że mniejszym złem będzie cesarskie cięcie ale żeby dziewczynki miały spokojną i szczęśliwą mamę niż wpaść znowu w szambo. I miałam rację.

PORÓD NR 2


Doczekałam 38 tygodnia ciąży. Zgłosiłam się na planowaną cesarkę do szpitala na Polnej, tam jednak nie do końca wiedzieli kiedy zrobić mi operacje, bo to dość wczesny tydzień. Leżałam w szpitalu cztery dni. Lekarz powiedział że termin 10 maja. Jednak dzień wcześniej okazało się, że “wypadłam z terminu” bo są pilne przyjęcia a u mnie “nic się nie dzieje”. Dobiło mnie to trochę. Chciałam nawet wypisać się na żądanie 😉 ale Emi nie chciała wracać do domu w brzuchu! W nocy zaczęły mi się skurcze. Przeczekałam do rana i usłyszałam to na co tak długo czekałam: “Pani Musiałowska? Niech się Pani szykuje! Jedziemy na porodówkę! TERAZ!” 

Na porodówce podczas wypełniania dokumentów i zakładania wenflonu, podpisywałam jeszcze swoje książki położonym, które mnie zdemaskowały 😀 w tak miłej atmosferze i wśród śmiechów na sali operacyjnej, przyszła na świat Emilka. Zdrowa. Śliczna. Nasza. 

PO PORODZIE


W szpitalu leżałam jeszcze trzy dni. Tyle samo ile po pierwszym porodzie. Faktycznie po cesarce dochodzenie do siebie jest trudniejsze. Pionizacja nie udała mi się od razu. Musiałam odczekać do kolejnego dnia. Ból był do zniesienia. Dostawałam leki przeciwbólowe i dawałam radę. Opieka w szpitalu cudowna. Pielęgniarki przychodziły i podawały mi dziecko, położne dostawiały do piersi, lekarze mili i pomocni. 
Cały, tygodniowy pobyt na Polnej dodatkowo obfitował w smaczną kuchnie 😉 a u mnie konieczna była dieta bezglutenowa i wegetariańska. Naprawdę było pysznie! Brawo Szpital Polna 🙂

Nawet czułam jakiś mały smutek jak wracaliśmy już do domu. Przy okazji poznałam kilka przesympatycznych osób z którymi mam nadzieję utrzyma dalszy kontakt. Trzymam kciuki za matki które poznałam na oddziale położniczo-ginekologicznym II. Pogawędki w sali i na korytarzach zawsze dodawały otuchy i poprawiały nastrój. 

Wiem, że wpis przegadany. Sporo opowieści o obu ciążach ale to taki wstęp do kilku wpisów o tematyce ciążowo-parentingowej 😉 

W przygotowaniu tematy:

Jeśli macie jakieś swoje propozycje lub tematy, które chcecie żebym poruszyła na blogu, piszcie w komentarzach lub na Facebooku! Zaglądajcie też na Instagram! Dużo się tam dzieje 😉